Dyskusje / "Ciemnia pozytywowa - drobne porady" cz. 1

  • "Ciemnia pozytywowa - drobne porady" cz. 1 | "Fereby" <ferebyWYTNIJTO...
    Od płachty do powiększenia
    Jak wiemy, podręcznikowa
    kolejność postępowania jest
    jak poniżej:
    * "płachta"
    * wglądówka
    * próby kadrowań
    * powiększenie/a próbne
    * powiększenie finalne

    Przyjrzyjmy się nieco każdemu
    z powyższych punktów. Płachtę
    sporządza się reguły na
    specjalnej maskownicy stykowej,
    na papierze formatu 30x24 cm
    (gradacja specjalna, albo
    miększa). Jeśli ktoś nie
    ma takiej maskownicy,
    w "Foto" zalecano użycie
    zamiast po prostu kawałka
    szyby 30x40 cm (moim zdaniem
    najlepiej wybrać taką bez
    większych skaz optycznych).
    Naświetlać można powiększalnikiem,
    albo najzwyklejszą w świecie
    lampą.

    Nie od parady jest sporządzenie
    z prostokątnego kawałka kartonu
    przesłony ułatwiającej uzyskanie
    zbliżonego zaczernienia klatek
    o różnym kryciu, na pozytywie.
    Karton tnie się na paski
    odpowiadające długością
    i szerokością typowym odcinkom
    błony - powinno być ich być
    co najmniej tyle, ile normalnie
    ich ona zawiera. Dla błony zwojowej
    120, więc co najmniej 4, a dla błony
    małoobrazkowej 135/36 co najmniej
    7 sztuk. Oprócz tego wykonujemy
    co najmniej jeden pasek mający
    1/2 (format 24x36 mm i 60x90 mm),
    1/3 (format 60x60 mm), względnie
    1/4 (format 45x60 mm) długości
    typowego odcinka błony. Ten
    dodatkowy pasek służy do
    zasłaniania słabiej krytych
    sąsiadów mocno krytego kadru,
    jeśli znajduje się on w środku
    odcinka błony (jeśli ktoś używa
    papierów zmiennogradacyjnych,
    może też pobawić się w różne
    filtracje). Można ich zresztą
    zrobić więcej - nawet 7 dla
    błony 135 i 4 dla błony 120.

    Do "płachty" nieco lepiej od
    papierów stałogradacyjnych nadają
    się zmiennogradacyjne - bez filtrów
    są z reguły dość miękkie, można
    też dopasowywać gradację do
    poszczególnych kadrów, wszakże
    zabiegi te mają nieduże znaczenie,
    więc bez obawy używać można też
    stałogradacyjnych.

    "Płachta" ma w praktyce służyć
    orientacji co jest na negatywie
    i ułatwiać wybór klatek do
    powiększeń. Można też wykorzystać
    ją do ułatwienia sobie orientacji
    załączając do skoroszytu w którym
    przechowujemy negatyw, ewentualnie
    wzbogacając notatkami na odwrocie
    (np. numer negatywu i kadry
    z których sporządzono odbitki).
    W razie potrzeby, dłuższe notatki
    sporządza się na normalnych kartkach
    (wkładach do skoroszytu formatu A4)
    i wpina obok.

    Osobiście sporządzam wglądówki na
    papierach formatu 9x13, które są
    tanie i można wywoływać je po kilka
    w kuwecie o większych rozmiarach.
    Wglądówki najlepiej robić z całego
    kadru, chyba że jesteśmy pewni, że
    jakiś jego fragment jest absolutnie
    niemożliwy do wykorzystania. Technika
    sporządzania takich wglądówek nie różni
    się wiele od wykonywania normalnych
    powiększeń. Osobiście używam papieru
    stałogradacyjnego, ponieważ jest tańszy,
    ale można używać też zmiennogradacyjnego.
    Wygoda pracy jest wbrew pozorom
    zbliżona - zwolennik stałogradacyjnych
    będzie zachwalał nie zaprzątanie sobie
    głowy poprawkami na filtry przy zmianach
    gradacji, a zmiennogradacyjnych mniejszą
    ilość pudełek walających się po ciemni.
    W rzeczywistości to pierwsze jest po
    prostu kwestią wprawy, a drugie właściwej
    organizacji miejsca pracy - będzie o tym
    dalej.

    W razie potrzeby wglądówki mogą częściowo
    zastąpić płachtę. Można je też załączać do
    spisu negatywów celem lepszej orientacji.
    Trzyma się je albo w odpowiednio
    przedziurkowanej kopercie formatu C4,
    albo wpina w odpowiednio spreparowane
    kartki formatu A4 (opis wykonania można
    znaleźć w literaturze fotograficznej
    w działach o samodzielnym sporządzaniu
    albumów fotograficznych).

    Wglądówki oprócz dokładniejszej
    orientacji co się na negatywie
    znajduje, są również istotną
    pomocą przy ustalaniu wycinka
    najlepiej nadającego się do
    skopiowania. Literatura fotograficzna
    zaleca suwanie po wglądówce dwu
    kawałków tektury w kształcie
    litery "L".

    Z kolei specjaliści od DTP
    w latach 80. po prostu kserowali
    wglądówkę, a następnie propozycje
    kadrowań mazakiem zakreślali na
    kserokopiach. Zaletą tego sposobu
    jest iż tak skadrowana fotografia
    wcale nie musi mieć kwadratowego,
    prostokątnego, czy nawet regularnego
    kształtu, co wbrew pozorom dość często
    jest stosowane w profesjonalnych
    publikacjach. Można też stosunkowo
    łatwo zorientować się jak będzie
    wyglądała fotografia po jej
    wpasowaniu w łam - w oparciu
    o kserokopię wystarczy wyciąć
    maskę o odpowiednim kształcie
    i założyć ją na wglądówkę.
    Powyższy sposób może się przydać
    nie tylko gdy przygotowujemy
    zdjęcia dla gazety, ale również
    np. do wstawienia do okrągłej
    ramki.

    Po ustaleniu wycinka dowolną metodą,
    wykonuje się odbitkę z reguły o formacie
    9x13 - 13x18 cm, która ma na celu
    zorientowanie się w ostatecznym wyglądzie
    powiększenia, oraz określeniu ewentualnych
    dodatkowych zabiegów (doświetlanie
    i wysłanianie, tonowanie całości, bądź
    części, retusz, etc.). W oparciu o takie
    powiększenie sporządza się często szkic
    o rozmiarach powiększenia ostatecznego,
    na którym oznacza się miejsca ww. czynności.
    Tak odbitkę z kadrowaniem próbnym jak
    szkic, nieźle jest umieścić w naszym
    archiwum, choć nie jest to w stu procentach
    konieczne, jeśli planujemy jeszcze wykonać
    powiększenia próbne.

    Powiększenia próbne mają na celu
    przetestowanie wybranej koncepcji
    wykonania pozytywu, dlatego wykonuje
    się je z reguły na papierach formatu
    co najmniej 13x18 cm. Jeśli wynik
    okazuje się satysfakcjonujący,
    w oparciu oń sporządza się szkic,
    będący podstawą wykonania powiększenia
    finalnego. Powiększenia próbne, wraz
    ze szkicami dołącza się do archiwum,
    gdzie służą jako pomoc przy wykonywaniu
    ewentualnych duplikatów powiększenia
    finalnego.

    Powiększenia finalne wykonuje się
    na papierach formatu co najmniej
    13x18 cm, a z reguły większych i to
    niekiedy znacznie. W rezultacie
    bardziej ekonomicznym wydaje się
    stosowanie papierów zmiennogradacyjnych
    (nie trzeba się martwić że np. paczka
    z gradacją bardzo miękką będzie się nam
    schodzić strasznie długo), choć z drugiej
    strony nie jest to aż tak znacząca różnica,
    ale o tym będzie mowa dalej.

    Drobne udoskonalenia ciemniowe
    Najpopularniejszy sposób wykonywania
    próbek czasu ekspozycji polega na
    naświetlaniu wąskiego paska papieru
    światłoczułego, którego część jest
    zasłaniana np. kawałkiem tekturki. Nie
    ma przy tym znaczenia, czy zaczynamy
    naświetlać od małego fragmentu
    i odsłaniamy stopniowo cały pasek,
    czy też na odwrót, zaczynamy naświetlać
    całość, a potem stopniowo zasłaniamy.

    Paski naświetla się wedle określonego
    wzoru. W zależności źródła podawane
    są różne liczby, zasadniczo jednak
    ciągi te można je podzielić na trzy
    odmiany:

    * Ciągi arytmetyczne, najczęstszą
    wersją jest przesuwanie kartonika
    co 2s, co daje: 2,4,6,8,10,12s...
    Zaletą takich ciągów jest że odmierza
    się łatwo, nie zaprzątając sobie pamięci
    właściwym wzorem. Wadą jest
    niedopasowanie do właściwości
    materiałów światłoczułych, gdzie
    dwukrotne wydłużenie czasu naświetlenia
    powoduje dwukrotnie większy efekt. Co
    prawda w miarę wydłużania się czasów
    wzrasta dokładność - w podanym przykładzie
    pomiędzy 16, a 32 sekundy jest sześć
    wartości pośrednich - ale choć wiele
    rodzai papierów światłoczułych potrafi
    wykazywać widoczną różnicę zaczernienia
    przy ekspozycjach różniących się o 10%,
    to w praktyce różnice do pół stopnia
    przysłony, można bez trudu zniwelować
    niewielkim skróceniem, bądź wydłużeniem
    czasu wywołania, bywa nawet bez
    wychodzenia poza widełki czasowe
    podawane przez producentów
    wywoływaczy.

    * Ciągi geometryczne oparte o potęgi
    dwójki: kartonik jest przesuwany kolejno
    co np. 1, 1, 2, 4, 8s. co daje czas
    naświetlenia poszczególnych pól papieru
    1 s, 2s, 4s, 8s, 16s. Zaletą takich ciągów
    jest, iż są lepiej dostosowane do
    właściwości materiałów światłoczułych.
    Wadą dokładność tylko do jednego
    stopnia przysłony oraz kłopot
    z zapamiętaniem czasu co jaki
    należy przesuwać kartonik.

    * Modyfikacja poprzedniego sposobu,
    dająca ciąg naświetleń co 1/2 stopnia
    przysłony: 5, 2, 3, 4, 6s. co daje
    pola o czasie naświetlenia 5s, 7s,
    10s, 14s, 20s. Zaletą jest większa
    dokładność, wadą trudność użycia
    przy czasach krótszych niż 5s (aby
    odmierzyć 1,5s trzeba dysponować
    zegarem powiększalnikowym), co przy
    korzystaniu z żarówek halogenowych
    nie jest wszakże nazbyt dokuczliwe
    (wielu producentów nie zaleca dla
    tego rodzaju oświetlenia czasów
    ekspozycji krótszych niż 4s). Ciąg
    taki zapamiętać jeszcze trudniej
    niż poprzedni.

    Jeśli chcemy uzyskać czasy naświetlenia
    pól próbki o połowę krótsze, ilość
    sekund co którą należy przesunąć
    kartonik dzielimy przez dwa, dla czasów
    dwukrotnie dłuższych mnożymy je przez
    dwa.

    Dość dokuczliwym problemem przy pracy
    z nieznanym negatywem, jest kwestia
    dobrania adekwatnej gradacji papieru.
    Pewną pomocą dla użytkowników papierów
    zmiennogradacyjnych może być przyrząd
    wymyślony przez A. Voellnagla pierwotnie
    dla próbek powiększeń barwnych. Składa się
    on z kwadratowego kawałka kartonu, którego
    krawędź odpowiada długości krótszego boku
    papieru światłoczułego na jakim mamy zamiar
    wykonywać próbkowania gradacyjne (np. 13x13 cm).
    Część kwadratu jest wyjmowalna i wyposażona
    w prosty uchwyt z kawałka kartonu, tworząc
    mniejszy kwadrat o wymiarach 1/4 dużego.

    Papier światłoczuły przeznaczony na
    próbkę przycina się do formatu dużego
    kwadratu, odcięty "margines" (przy
    formacie 13x18 cm będzie to 5x13 cm),
    może posłużyć do próbek naświetlenia.

    Obraz całej klatki negatywu, bądź jej wycinka
    ustawia się na ostro na maskownicy, tak by
    zajmował dokładnie 1/4 formatu papieru
    przeznaczonego na próbkowanie, po czym
    wyłącza powiększalnik, wkłada przycięty
    papier w maskownicę, a na wierzch zakłada
    cały kwadrat.

    Wykonuje się próbkę czasu naświetlenia
    kładąc pasek na wierzch prostokąta (nie
    przepuszcza on światła do papieru pod
    spodem - oczywiście próbkę można wykonać
    również przed jego włożeniem) i poddaje
    normalnej obróbce. Następnie maskownicę
    przesuwa się tak, by obraz negatywu padał
    na zdejmowalną część kwadratu.

    Ustawia się odpowiednią filtrację (np. "4"),
    po czym zdejmuje ruchomą ćwiartkę kwadratu
    i poddaje odkrytą część papieru pod spodem
    naświetleniu przez ustalony przy pomocy
    próbki naświetleń czas. Po wyłączeniu
    powiększalnika, wyjmujemy z maskownicy
    i przekręcamy kartonowy kwadrat (ale
    nie papier pod spodem!) o 90 stopni,
    zakładamy mniejszy kwadrat, zmieniamy
    filtrację (np. "3"), zdejmujemy mały
    kwadrat, dokonujemy naświetlenia.

    Cały proces powtarzamy jeszcze dwukrotnie,
    za każdym razem zmieniając filtrację, po
    czym na odwrocie próbki odnotowujemy
    filtrację zastosowaną względem każdej
    z ćwiartek (podobnie jak to się czyni
    z próbkami naświetleń: patrz parę
    akapitów niżej), poddajemy normalnej
    obróbce i dokonujemy jej oceny w świetle
    białym.

    Zaletą tej metody jest możność porównania
    jak negatyw, a także poszczególne jego
    fragmenty prezentują się na różnych
    gradacjach. Gdy np. zauważyć że na
    gradacji "3" niebo jest pozbawione
    obłoków, ale uzyskano dobre oddanie
    tonalne partii poniżej widnokręgu, a na
    gradacji "2", uzyskano obłoki na niebie,
    ale skala szarości odwzorowująca ziemię
    jest uboższa, łatwiej podjąć decyzję, czy
    kopiować na gradacji miększej, czy też
    twardszej z wysłanianiem partii nieba.

    Wadą dla osób początkujących jest
    niemożność połączenia z próbkowaniem
    czasów naświetlenia. Właściwe czasy
    należy ustalić przedtem i bezwzględnie
    się ich trzymać. Tak się po prostu składa,
    że niedoświadczonemu oku trudno odróżnić
    np. próbkę prześwietloną na właściwej
    gradacji, od próbki na gradacji zbyt
    miękkiej, gdzie naświetlenie zmieściło
    się w górnym odcinku krzywej - obie
    wyglądają ciemno, różniąc się skalą
    półtonów i obecnością szczegółów
    w cieniach.

    Kolejna niedogodność polega na kwadratowym
    formacie próbki - jeśli ktoś fotografuje na
    błonach 60x60 mm, aż tak bardzo powyższego
    nie odczuje, ale 60x90 mm, 45x60 mm,
    czy 24x36 mm, skazani są na kwadratowe
    fragmenty negatywu, co nie zawsze jest dogodne.
    Rozwiązaniem byłoby zastosowanie, zamiast
    kwadratu, prostokąta, ale to z kolei wymusza
    jego odwracanie "na drugą stronę", przy próbce
    nr 2, ponowne przekręcenie przy próbce 3, po
    czym przewrócenie po raz trzeci i ostatni
    przy próbce 4. Co więcej, mniejszy prostokąt
    musiałby zostać wycięty z większego idealnie
    prostymi liniami, inaczej trzeba byłoby również
    go obracać do góry nogami, co oznaczałoby
    rezygnację z uchwytu. W pewnym stopniu można
    ten wymóg obejść, naklejając na krawędzie
    małego prostokąta dwa paski czarnego papieru
    (może być nawet pozostały po wywołaniu błon
    zwojowych), zakrywające ewentualną szczelinkę
    między nim, a dużym prostokątem.

    Do wykonania tego rodzaju próbek
    gradacji trzeba używać papieru
    światłoczułego o formacie co najmniej
    13x18 cm, miniaturki kadrów o formacie
    3x3 cm trzeba byłoby oceniać pod lupą.

    Mimo tych wad, przyrządzik powyższy,
    z racji swej prostoty i przydatności
    (można sprawdzać nie tylko gradacje, ale
    różne warianty wysłaniań i doświetleń,
    fotomontaży, etc.), może się komuś spodobać,
    toteż podaję gdzie znaleźć więcej szczegółów
    wykonania i użytkowania: A. Voellnagel
    "Kaprysy koloru w fotografii" str. 78-81
    Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe,
    wydanie II, Warszawa 1984.

    Obróbka próbek naświetleń zajmuje
    z reguły sporo czasu. Oczywistym
    sposobem jego zaoszczędzenia, jest
    najpierw wykonanie np. kilkunastu,
    a potem wywoływanie wszystkich za
    jednym razem. Wtedy jednak pojawiają
    się problemy z identyfikacją z której
    klatki wykonano daną próbkę. Skutecznym
    rozwiązaniem jest zapisanie z tyłu każdego
    paseczka natychmiast po jego naświetleniu,
    numeru klatki negatywu (ew. nr negatywu,
    jeśli pracujemy na kilku negatywach
    równocześnie) i czasów ekspozycji
    poszczególnych pól. Do zapisywania
    można użyć długopisu, względnie markera
    spirytusowego (np. do CD). Ołówki mają
    to do siebie, że w świetle ciemniowym na
    mokrym papierze stają się prawie niewidoczne,
    a flamastry że rozpływają się w kąpielach
    fotograficznych.


    Problemy z papierem światłoczułym
    Zbyt długie oddziaływanie światła
    ciemniowego, przetrzymywanie
    naświetlonego papieru na powietrzu,
    względnie wywołanie, może zaowocować
    zadymieniem papieru światłoczułego.
    Efektem jest niemożność uzyskania
    czystej bieli, a często także zmiana
    gradacji papieru na miększą. Samo
    zadymienie można stosunkowo łatwo
    wykryć porównując marginesy odbitki
    z podłożem (tylną częścią) innej.
    Sposób ten ma tę zaletę, iż kontrolę
    można przeprowadzać bez zapalania
    białego światła, nawet od razu w kuwecie
    z wywoływaczem.

    Papiery stałogradacyjne bromowe
    i chlorobromowe wysokoczułe reagują
    zadymieniem wskutek długotrwałej
    ekspozycji światłem żółtozielonym,
    względnie oliwkowozielonym, rzadziej
    światłem lamp diodowych, ekstremalnie
    rzadko czerwonym (właściwie tylko
    gdy wkręcono zbyt silną żarówkę,
    względnie filtr zestarzał się i zmienił
    charakterystykę). Nie oznacza to bynajmniej,
    że naświetlone papiery światłoczułe można
    dowolnie poddawać długo działaniu światła
    czerwonego - efektem jest zanik obrazu
    utajonego (zjawisko Hershla).

    Czas przez jaki maksymalnie może
    oddziaływać światło ciemniowe bez
    groźby zadymienia, literatura zaleca
    sprawdzać poprzez zasłonięcie fragmentu
    arkusza papieru światłoczułego
    nieprzezroczystym przedmiotem
    i porównanie części zasłoniętej, z tą
    na którą padało światło ciemniowe.
    Rozbudowaną, znacznie wszechstronniejszą
    wersję tego testu można znaleźć
    w udostępnionym w internecie przez
    Kodaka poradniku "How safe is your
    safelight?" - pozwala ona stwierdzić
    oddziaływanie zarówno na nienaświetlony
    papier, jak również obraz utajony.

    U mnie ten czas - dla oświetlenia
    z odległości 90 cm lampą ciemniową
    z żarówką 25W i filtrem żółtozielonym
    ORWO 113D - wynosi dla papierów
    bromowych i chlorobromowych ponad
    15 minut. Często jednak producenci
    nie zalecają więcej niż 4-7 minut
    i tak po prawdzie, im mniej światła
    z lampy ciemniowej padnie na papier,
    tym lepiej.

    Jak ograniczyć okres oddziaływania
    światła ciemniowego na papier, bez
    znacznego utrudniania sobie pracy?
    Nienaświetlony papier należy trzymać
    w światłoszczelnym opakowaniu. Może
    być to jego fabryczne pudełko, ale
    wygodniej fabryczne foliowe woreczki
    z różnymi gradacjami, względnie
    rozmiarami, umieścić na czas pracy
    w obszerniejszym pudełku (np. po
    butach), z dorobionymi przegródkami,
    zabezpieczającym również przed
    zaświetleniem światłem z powiększalnika
    i białym do oceny powiększeń. Jeszcze
    lepszym, choć niestety bardziej
    pracochłonnym rozwiązaniem, jest
    dorobienie pod powiększalnikiem
    światłoszczelnej szuflady.

    Jeśli ktoś jednak decyduje się na
    korzystanie z pudełek fabrycznych,
    powinien się zabezpieczyć przed
    błędami wynikłymi z mylenia się
    opakowań zawierających różne
    gradacje. Dotyczy to zwłaszcza
    papierów stałogradacyjnych Fomy,
    których pudełka oznaczone są
    barwnymi paskami - w czerwonym
    świetle ciemniowym kolory ulegają
    zafałszowaniu i zamiast gradacji
    specjalnej (żółty pasek) możemy
    wziąć normalną (czerwony).
    W żółtozielonym podobnie wypadają
    paski zielone (miękka) i niebieskie
    (twarda). Można temu zapobiegać
    naklejając na pudełka odpowiednie
    oznaczenia (wystarczy nawet z taśmy
    malarskiej), np. z jedną kreską dla
    gradacji miękkiej, dwoma dla specjalnej,
    itd.

    Można też wziąć pudełka różnych
    producentów - mój znajomy gradację
    miękką umieszczał w pudełku po
    papierach (barwnych) Fuji, specjalną
    Kodaka, normalną Agfy, a twardą
    Tetenala.

    Dodatkowym zabezpieczeniem jest
    zapisanie gradacji papieru na
    taśmie, którą fabrycznie jest
    zamykany wewnętrzny woreczek.

    Naświetlone pozytywy należałoby
    od razu wywoływać. Niestety efektem
    byłoby znaczne spowolnienie pracy,
    gdyż z naświetleniem kolejnej
    odbitki trzeba by czekać, aż
    poprzednia przestanie być
    światłoczuła (orientacyjnie
    połowa czasu utrwalania).

    Prostym rozwiązaniem jest zakładanie
    na kuwety w których obrabiamy odbitki
    nieprzezroczystych pokryw. Sposób
    ten ma tę wadę, że w razie jakiś
    komplikacji pod powiększalnikiem
    (długo zastanawiamy się nad
    kadrowaniem) możemy zaserwować
    pozytywom nawet kilkunastominutowe
    wołanie, przerywanie i utrwalanie.
    Co więcej, bardzo utrudnione staje
    się wywoływanie partii odbitek,
    z których część ma być poddana
    nietypowej obróbce (wywołanie
    powierzchniowe).

    Wad tych nie ma metoda polegająca na
    trzymaniu naświetlonych pozytywów
    w pudełkach i wywołaniu ich hurtem,
    gdy nazbiera się wystarczająco dużo.
    Pudełko powinno być oczywiście
    światłoszczelne i mieć rozmiary co
    najmniej równie duże, jak największe
    pozytywy jakie planujemy wykonywać.
    Jeśli poddajemy część odbitek specyficznej
    obróbce, należy rozważyć zastosowanie
    dwu pudełek. Trzymanie naświetlonych
    pozytywów w pojemniku z nienaświetlonym
    papierem, nie jest dobrym pomysłem,
    ponieważ może prowadzić do kilkakrotnej
    ekspozycji tej samej kartki. Jeśli już
    decydujemy się na takie rozwiązanie,
    w szufladzie, czy pudełku należy
    przeznaczyć oddzielną przegródkę na
    naświetlone pozytywy i nie używać jej
    do niczego innego.

    Pozostaje problem długotrwałych
    naświetleń i wywoływań. Przy bardzo
    długich czasach i dużych powiększeniach
    rzutowanych na podłogę, maskownicę
    wystarczy postawić na dnie odpowiednio
    wysokiego pudła bez wierzchu - jego ścianki
    osłaniają papier przed padającym z boku
    światłem lampy ciemniowej. Jeśli natomiast
    zachodzi konieczność kilkunastominutowego
    (i więcej) wywołania, można zredukować
    oświetlenie do czerwonej żarówki 15 W
    umieszczonej w odległości 3-4 m. Wedle
    moich doświadczeń, chlorobromy Fomaspped
    i bromy Agfa Brovira RC, można w tych
    warunkach wywoływać co najmniej 30 min.
    bez obawy zszarzenia. Lepszym rozwiązaniem
    jest zastosowanie, wspomnianych już, pokryw
    na kuwety.

    Naświetlonych pozytywów nie należy
    długo przechowywać - najlepiej wywołać
    je jeszcze tego samego dnia. Tak się po
    prostu składa, że na papierach obraz
    utajony zanika zdecydowanie szybciej,
    niż błonach negatywowych i po tygodniu
    może się okazać, iż mimo wielogodzinnego
    męczenia papierów w wywoływaczu, obraz
    nie będzie chciał się ukazać.

    Przed zakończeniem pracy, niewykorzystane
    papiery światłoczułe należy z powrotem
    umieścić w ich fabrycznych opakowaniach.
    Pudełka i koperty zabezpiecza się przed
    przypadkowym otwarciem, zakładając na nie
    gumki. Przy formacie 9x13 powinny wystarczyć
    dwie, 13x18 trzy-cztery, do pudełka 18x24 cm
    trzeba niekiedy zużyć sześć do dziewięciu
    gumek. Zamiast gumek można pudełka
    obwiązać sznurkiem, ma on wszakże tę wadę,
    że potrafi się splątać.


    Wąskie gardła
    Obróbka pozytywów zajmuje mnóstwo
    czasu, na dodatek uniemożliwiając
    naświetlanie kolejnych, póki akurat
    obrabiane nie przestaną być światłoczułe.

    Wspominano już o wywoływaniu kilku próbek
    naświetleń równocześnie. To samo dotyczy
    pozytywów, lepiej jest używać kuwet
    o rozmiarach umożliwiających obróbkę co
    najmniej dwu, a lepiej czterech typowych
    odbitek równocześnie. Oczywiście
    mówimy o przypadku w którym trzeba
    zrobić odbitki z wielu błon - jeśli
    planujesz odbitki 9x13-10x15 cm
    z jednej błony małoobrazkowej (krewny
    poprosił o zdjęcia z wesela córki), względnie
    dwu zwojowych, sensowniej będzie użyć
    kuwet 10x15 cm, które wymagają mało
    roztworów i zajmują mniej miejsca.
    O wyborze optymalnych kuwet dla danego
    stylu pracy, będzie mowa w następnym
    tekście.

    Dość sensowne wydaje się zastosowanie
    utrwalacza pośpiesznego (z chlorkiem
    amonu), czy szybkiego (na tiosiarczanie
    amonu) - odbitka przestaje być światłoczuła
    po co najwyżej 1,5 minuty (FB w Fomafixie),
    a z reguły po minucie (FB w Ilford Rapid
    Fixer i Tetenal Superfix), czy jej połowie
    (RC w IRF i Superfix). W pełni utrwaloną
    odbitkę uzyskuje się po 1-1,5 minuty (RC),
    względnie 2-3 minuty (FB), co odpowiada
    mniej więcej czasowi przebywania odbitek
    w wywoływaczu.

    Część utrwalaczy szybkich umożliwia zresztą
    jeszcze szybszą obróbkę przy zastosowaniu
    roztworu roboczego o dwukrotnie większym
    stężeniu. Np. Ilford Rapid Fixer, jeśli
    rozcieńczyć go 1+4 (a nie 1+9), pozwala na
    obróbkę 30 s. (RC), bądź 60 s. (FB).

    Pozwala to na utrwalanie w mniejszej
    kuwecie, o ile oczywiście właściwie
    zaplanuje się pracę. Jeśli np. wywołanie
    papieru o podłożu polietylenowym zajmuje
    1 minutę, a kuweta z wywoływaczem pozwala
    poddać obróbce 4 sztuki za jednym razem,
    zaś kuweta z utrwalaczem 2 i trwa to 30 s.
    to wywołanie trzeba zacząć od dwu sztuk,
    a po pół minucie włożyć kolejne dwie, po
    upływie 30 sekund, dwie pierwsze odbitki
    przenieść do przerywacza, włożyć dwie
    następne odbitki do wywoływacza, potem
    przenieść odbitki z przerywacza do utrwalacza.
    Potem co 30 sekund przenosi się dwie odbitki
    z wywoływacza do przerywacza, wkłada dwie
    nowe do wywoływacza, wyjmuje dwie odbitki
    z utrwalacza, przenosi dwie odbitki
    z przerywacza do utrwalacza.

    Tego rodzaju obróbka jest zalecana
    wyłącznie w przypadku pilnej konieczności,
    po dojściu już do pewnej wprawy. Po
    pierwsze istnieje ryzyko pomyłek - można
    choćby poddać odbitkę połowie zalecanego
    czasu wywołania, ponieważ pomyli się ją
    z inną w tej samej kuwecie. Po wtóre, tak
    rozrobiony utrwalacz szybki charakteryzuje
    się dwukrotnie mniejszą wydajnością.

    Jeśli nie możesz z jakiś względów używać
    utrwalaczy pośpiesznych i szybkich, konieczne
    jest zastosowanie większej kuwety na utrwalacz,
    względnie dwu kuwet z utrwalaczem i postawienie
    na system dwuroztworowy. Był on dogłębnie
    opisany w innym tekście, więc tu tylko pobieżnie
    Technika utrwalania dwuroztworowego polega
    na utrwalaniu w dwu oddzielnych roztworach
    utrwalacza. Najpierw umieszcza się odbitkę na
    połowę czasu jej normalnego utrwalania w tym
    utrwalaczu (dla FB z reguły 5 minut) do pierwszego
    roztworu, a potem przenosi do kuwety z drugim
    roztworem gdzie przebywa drugą jego połowę
    (kolejne 5 minut). Po pracy oba roztwory zlewa
    się do oddzielnych butelek. Metoda dwuroztworowa
    sprzyja dokładniejszemu utrwalaniu i mniejszemu
    zużyciu utrwalacza.

    Przed naświetleniem pierwszej partii odbitek danego
    dnia, lepiej sprawdzić przy pomocy zwykłej próbki
    naświetleń, czy wywoływacz pracuje prawidłowo.
    Niemożność wywołania poprawnie naświetlonych
    odbitek, potrafi naprawdę zirytować, zwłaszcza
    gdy nowy wywoływacz musimy sobie dopiero
    rozpuścić z pproszku. O zabezpieczeniu się przed
    tego rodzaju niedogodnościami, w kolejnym tekście.


    Jasno w ciemni
    Oświetlenie ciemni jest z reguły
    kompromisem między jak największą
    ilością światła (co wpływa do dodatnio
    na wygodę pracy), a ilością światła
    jak najmniejszą (co wpływa dodatnio
    na papiery). Dla porządku omówmy
    spotykane typy lamp ciemniowych:

    * Żarówki ciemniowe. Odmiana typowej
    żarówki, z bańką pokrytą specjalnym
    lakierem, przepuszczającym światło
    o określonej długości fali. Najczęściej
    mają moc 7,5-15 W. Ich zaletą jest że
    można je wkręcać w typowe oprawy
    oświetleniowe, są lekkie i zajmują
    mało miejsca, wadą że są droższe od
    typowych żarówek, a wielokrotne
    wkręcanie i wykręcanie może
    uszkodzić lakier.

    * Lampy ciemniowe z wymiennymi
    filtrami. Światło zwykłej żarówki
    przechodząc przez taki filtr,
    uzyskuje podobny skład spektralny
    jak po przejściu przez zabarwioną
    bańkę żarówki ciemniowej. Oprawa
    umożliwia zawieszenie na ścianach,
    suficie, bądź postawienie na płaskiej
    powierzchni. Zaletą jest tańsza
    eksploatacja (klasyczne żarówki
    15-25 W kosztują znacznie taniej,
    niż żarówki ciemniowe), wadami
    konieczność dopasowania wymiarów
    filtra, jego starzenie się (zmiana
    charakterystyki widma), funkcjonowanie
    w oparciu o gniazdka. Nie dość że
    trzeba uważać, by nie zalać przewodów
    kąpielami fotograficznymi, to w razie
    zwarcia, względnie przeciążenia,
    zakończonego wywaleniem korków,
    lampa zgaśnie (żarówka ciemniowa
    raczej nie, oświetlenie funkcjonuje
    zwykle na oddzielnym od gniazdek
    obwodzie). Nadto są cięższe
    i zajmują więcej miejsca.

    * Lampy diodowe. Stosunkowo nowy
    rodzaj oświetlenia ciemniowego. Diody
    dają jasne światło monochromatyczne,
    bądź zbliżone do monochromatycznego.
    Dość tanie, lekkie i wygodne w eksploatacji,
    choć niekiedy mogą się stać źródłem
    problemów z zaświetlaniem papieru
    (dotyczy konstrukcji wykonanych
    amatorsko, względnie chałupniczo,
    pochodzące z renomowanych wytwórni
    raczej ich nie sprawiają).

    * Ciemniowe lampy jarzeniowe. Używane
    w dużych laboratoriach fotograficznych.
    Dają bardzo jasne światło, a odpowiednie
    zabarwienie rurek pozwala na stosunkowo
    długą pracę z materiałami światłoczułymi.
    Niestety są drogie i raczej nie produkuje
    się ich do użytku fotoamatorskiego, więc
    rzadko się je spotyka. Nadto wymagają
    specjalnych opraw, też trudno dostępnych.

    Przy obróbce pozytywów stosuje się
    światło o poniższych barwach:
    * Żółtopomarańczowa i pomarańczowa.
    Dla papierów chlorowych i chlorobromowych
    niskoczułych.
    * Pomarańczowo-czerwona i czerwona.
    Jasna - papiery chlorobromowe wysokoczułe,
    bromowe, zmiennogradacyjne.
    Czerwona ciemna - błony ortochromatyczne.
    * Żółtozielona/brązowa/oliwkowa
    Jasna - jak pomarańczowo-czerwona
    (niekiedy z wyłączeniem papierów
    zmiennogradacyjnych).
    Ciemna - papiery zmiennogradacyjne,
    barwne.

    Zaletą światła czerwonego, jest niezwykle
    mała aktyniczność, więc zdecydowanie
    rzadko powoduje zaświetlenia. Prawdę
    mówiąc przy długim przebywaniu w świetle
    czerwonym, naświetlone papiery mogą
    niekiedy wykazywać coś dokładnie
    odwrotnego - zanik obrazu utajonego.

    Z drugiej jednak strony, w świetle
    czerwonym wzrok męczy się szybciej,
    co więcej następuje jego swoiste
    "nadczulenie" - wywołujące się
    papiery wydają się bardziej
    zaczernione niż są w istocie, co
    może prowokować do wcześniejszego
    ich wyjmowania z kąpieli, a więc
    niedowoływania.

    Światło żółtozielone/brązowe/oliwkowe
    jest przyjemniejsze dla oka i nie
    powoduje tak rażących błędów w ocenie
    zaczernienia, ale niestety bardziej
    aktyniczne, więc długotrwałe trzymanie
    naświetlonych i nienaświetlonych papierów
    raczej zaowocuje ich zadymieniem, a może
    nawet pseudosaryzacją.

    Żółte światło lamp diodowych jest mniej
    męczące dla wzroku niż czerwone, nie
    powoduje też "nadczulenia wzroku", ale
    jako monochromatyczne też po jakimś
    czasie męczy wzrok (to tak jak z lampami
    sodowymi używanymi do oświetlenia ulic),
    z reguły nieco szybciej niż żółtozielone.
    Za to jest bardzo jasne.

    Światło określonego koloru sprawia,
    iż oko postrzega barwy inaczej niż
    w świetle białym (względnie zbliżonym
    do białego). Co więcej, znaki w kolorze
    zbliżonym do barwy światła, mogą stać
    się niewidoczne - dotyczy to choćby
    kolorowych tuszy atramentów w zeszycie
    z notatkami. Dlatego bieżące notatki
    najlepiej wykonywać w brudnopisie,
    czarnym, względnie niebieskim tuszem,
    bądź atramentem, a po pracy przepisywać
    je do czystopisu, kolorami jakie tylko
    uznamy za stosowne. Plany pracy dla
    poszczególnych negatywów także najlepiej
    zapisywać w brudnopisie.

    Niezgorszym pomysłem jest wydrukowanie
    planu pracy na komputerowej drukarce
    i pozostawienie reszty kartki na notatki
    na bieżąco. Tuszu, czy tonera na taki
    brudnopis nie zużywa się wiele (bo
    wystarczy drukować nawet w 300 DPI,
    określanym umownie: "wydruk roboczy",
    "szkic", "ekonofast", etc.), a druk jest
    znacznie czytelniejszy w świetle ciemniowym
    od pisma ręcznego, a gdy sporządzić szablon,
    oszczędza się także sporo czasu (jeśli
    komuś szczególnie na nim zależy, można
    pokombinować z formularzami).

    Jak mieć jasno w ciemni i uniknąć problemów
    z zaświetlaniem? Nie ma na to uniwersalnej
    recepty, w każdym przypadku oświetlenie jest
    pewnym kompromisem narzuconym uwarunkowaniami
    technicznymi (instalacja elektryczna,
    wzajemne usytuowanie poszczególnych
    części roboczych ciemni, rozmieszczenie
    ścian i sufitów, etc.), ergonomią pracy,
    parametrami obrabianych materiałów.

    Początkowo oświetlałem ciemnię jedynie
    lampą (25 W) z filtrem żółtozielonym
    ORWO 113D (matowy), umieszczoną jakieś
    70 cm ponad kuwetami. Co zdumiewające,
    mimo mniejszej od zalecanej odległości,
    ani Fomaspeed, ani czulsza od wielu
    gatunków papierów zmiennogradacyjnych
    Brovira, nie wykazywały śladów
    zaświetlenia, przy standardowym
    czasie obróbki.

    Problemem była słaba widoczność
    powiększalnika, przysłonę musiałem
    przymykać i otwierać wyczuwając
    kolejne zapadki. Ze światłomierzem
    ciemniowym było mniej kłopotów - jako
    przeznaczony do pracy w niemal całkowitych
    ciemnościach, został wyposażony w małą
    lampkę diodową, ułatwiającą manipulacje
    tymi przełącznikami, które nie zostały
    podświetlone. Jednak gdy przypadkiem
    (za 1 PLN), nabyłem starą żarówkę czerwoną
    i wkręciłem ją w oprawę w której normalnie
    znajduje się żarówka oświetlająca to
    pomieszczenie, stwierdziłem iż pracuje
    się mi zdecydowanie wygodniej. Zdecydowałem
    się więc na żarówkę pomarańczowo-czerwoną
    Narva, która oświetla powiększalnik,
    światłomierz i pudło z papierami z odległości
    jakiś 2 m (do kuwet to ponad 3 m), a lampę
    przewiesiłem wyżej, na 1,2 m, co było
    podyktowane właściwie tylko wypadnięciem
    wyeksploatowanego kołka rozporowego
    z dziury.

    Po tej dygresji, kilka ogólnych rad.
    Niezłym pomysłem jest oświetlanie części
    suchej (powiększalnik) światłem czerwonym,
    mokrej zaś oliwkowym, względnie lampą
    diodową. Czerwone światło nie przeszkadza
    specjalnie w pracy na maskownicy, wywołujące
    się odbitki obserwujemy w świetle nie
    powodującym zafałszowań w ocenie zaczernienia.

    Jeśli z jakiś względów musisz wywoływać
    w świetle czerwonym, staraj się robić
    to na czas, względnie ustal współczynnik
    Watkinsa pary wywoływacz-papier (patrz
    rozdział o testach powiększalnikowych).
    Dawna literatura radziła po prostu umieścić
    na widoku nieco prześwietloną, ciemną
    odbitkę i fotogram trzymać w wywoływaczu,
    aż będzie ją przypominał - przypuszczam że
    to dobra metoda, ale nie wiem na sto procent,
    bo jeszcze nie spróbowałem.

    Nieźle sprawdza się umieszczenie tzw.
    "lampy światła niebezpośredniego" (czyli
    mogącej oświetlać materiały światłoczułe
    tylko po odbiciu się od jakieś powierzchni,
    np. sufitu), tak by oświetlała głównie miejsce,
    gdzie się robi notatki, wejście, etc. - służy
    właśnie do "ogólnego oświetlenia ciemni". Na
    część suchą i mokrą nie musi z niej padać
    specjalnie dużo światła, ponieważ oświetlone
    są oświetleniem bezpośrednim.

    Przedsionek, względnie śluzę (jeśli ciemnia
    je posiada), najwygodniej oświetlać jakąś
    tanią lampą diodową. Nie musi mieć ona
    specjalnie wyśrubowanych charakterystyk,
    wystarczy że nie zaświetla papierów przez
    około minutę. Na dłużej drzwi śluzy się
    raczej nie otwiera. Można też zastosować
    wyłącznik, który tę lampę wyłącza w chwili
    otwarcia wewnętrznych drzwi. Jeżeli
    zafundowaliśmy sobie w napis "nie wchodzić",
    lub podobny, nad zewnętrznymi drzwiami
    ciemni, można je spokojnie oświetlić
    jakąś kolorową żarówką, nie przystosowaną
    do pracy ciemniowej - kosztuje wielokrotnie
    taniej, a z materiałami światłoczułymi i tak
    nie będzie mieć kontaktu.

    Przy projektowaniu bezpiecznego oświetlenia
    ciemni warto pamiętać, iż zdecydowanie
    najwięcej problemów z zaświetleniem
    występuje nie z powodu zbyt dużej liczby
    źródeł światła, a zbyt małej odległości
    od materiałów światłoczułych. Intensywność
    światła spada proporcjonalnie do kwadratu
    odległości - ta sama lampa ciemniowa
    znajdująca się w odległości 3 m, będzie
    działać na papier światłoczuły 9 razy
    słabiej, niż gdyby umieścić ją od
    niego 1 m. Dlatego można sobie spokojnie
    pozwolić na dość obfite oświetlanie pewnych
    punktów (np. ciągów komunikacyjnych) o ile
    tylko znajdują się w oddaleniu od miejsc
    gdzie naświetla się i wywołuje odbitki.

    Oprócz określenia, jak długie oddziaływanie
    światła ciemniowego powoduje zadymienia
    papierów, należałoby też sprawdzić, czy
    światło nie zmienia ono gradacji, względnie
    osłabia obrazu utajonego. Na to niestety
    nie ma oczywistych na pierwszy rzut oka
    testów: literatura z reguły zaleca wykonanie
    dwu identycznych powiększeń, poddaniu
    jednego działaniu oświetlenia, które
    chcemy sprawdzić, po czym wywołaniu
    i porównaniu jednej i drugiej odbitki.
    Najlepiej chyba byłoby do tych odbitek
    wziąć negatyw testowy, służący do
    skalowania światłomierzy ciemniowych,
    gdyż porównanie poszczególnych pól
    obu odbitek, jest zdecydowanie
    łatwiejsze i bardziej miarodajne.

    Dla uniknięcia ciągłego wkręcania
    i wykręcania żarówek ciemniowych
    z oprawki, literatura zaleca zamocować
    oprawkę na desce i zasilać ją z kontaktu.
    Ma to jednak wadę, że w razie
    przepalenia bezpieczników zostaniemy
    pozbawieni i tego źródła światła.
    Tu z pomocą może przyjść "złodziejka".
    Z drugiej strony lepiej nie kombinować
    z zasilaniem z obwodów oświetlenia całej
    ciemni.

    Gniazdka nie dość że są wygodniejsze,
    to jeszcze parametry instalacji
    umożliwiają zasilanie odbiorników
    o większej mocy. Gdy instalacji
    oświetleniowej wystarcza z reguły
    6 Amperów, to gniazdka dysponują
    co najmniej 10 Amperów. Instalacja
    oświetleniowa raczej nie zdoła
    zasilać suszarki o mocy 1800 W
    (natężenie prądu blisko 8 Amperów).
    A tak w ogóle, najlepiej w ciemni
    byłoby dysponować gniazdkami
    z uziemieniem (w zasadzie mogą być
    z zerowaniem, ale uziemienie jest
    bezpieczniejsze) i instalacją
    na 16 Amperów.

    Na wypadek nieoczekiwanych przerw
    w dostawie prądu, można się wyposażyć
    w małą latarkę diodową. Jest to sprzęt
    tani i łatwy do nabycia (nawet w sklepach
    sportowych, gdzie sprzedaje się je jako
    lampki rowerowe), przydaje się też choćby
    przy obserwowaniu podziałki termometru
    umieszczonego w kuwecie. Niestety, zakupu
    z reguły musimy dokonywać "w ciemno", nie
    wiedząc czy światło nabytej właśnie latarki,
    nie będzie zaświetlać papierów.

    Dawni fotografowie ssali kwaśne cukierki,
    by lepiej widzieć w ciemnościach. Niestety,
    jak dotąd jakoś nie znalazłem czasu, by
    to sprawdzić.


    Inne problemy ze światłem ciemniowym.
    Niektóre lampy diodowe i filtry
    ciemniowe powodują kłopoty z ustaleniem
    właściwego czasu powiększeń przy użyciu
    światłomierzy ciemniowych, których
    czujniki (wzgl. "sondy") potrafią
    reagować również na światło
    nieaktyniczne (co nie powinno
    dziwić, skoro większość z nich
    miała służyć także do pracy z
    negatywami barwnymi). Efektem są
    pozytywy, których niedoświetlenie
    waha się od nieznacznego (niewielkie
    skale powiększeń i tym samym krótkie
    czasy), aż do tak drastycznego, że
    ledwie widać zarysy obrazu (duże
    skale powiększeń i długie czasy).

    Stosunkowo prostym sposobem
    stwierdzenia ewentualnego
    występowania powyższego zjawiska
    jest dokonanie pomiaru czasu
    powiększenia na maskownicy przy
    wyłączonym powiększalniku.
    Ustalony w ten sposób "czas
    naświetlenia" (bo jest to
    wartość kompletnie wirtualna,
    światło nieaktyniczne nie
    powinno spowodować w tym
    czasie widocznego zaczernienia
    papieru) i porównanie go
    z czasem uzyskiwanym w kompletnej
    ciemności (o ile światłomierz
    umożliwia taki pomiar).

    Jeśli światłomierz ciemniowy przy
    nastawionej czułości papierów
    400 ISO informuje o czasie np.
    ponad 300 sekund dla światła
    typowo ustawionej lampy ciemniowej,
    a stosowane czasy naświetleń rzadko
    przekraczają 60 sekund, a praktycznie
    nigdy 120 sekund, można w zasadzie
    uznać, iż światło ciemniowe znacząco
    nie zafałszowuje czasu pomiaru. Jeśli
    jednak czasy są zbliżone do zwykle
    stosowanych, należy poważnie rozważyć
    środki zaradcze, pod prostu pozbywając
    się zbyt jasnego światła lampy
    z okolic czujnika. Nie oznacza to
    bynajmniej, iż lampę mamy w ogóle
    usunąć z ciemni, a jedynie uniemożliwić
    jej świecenie na czujnik w trakcie
    pomiaru. Są na to co najmniej trzy
    sposoby:
    * Przesunąć lampę w inne miejsce.
    * Wyłączać lampę na czas pomiaru.
    * Zastosować zasłonkę.

    Odsunięcie lampy dwukrotnie dalej,
    zmniejsza intensywność padającego
    na czujnik światłomierza czterokrotnie,
    co z reguły wystarcza. Niestety, nie
    zawsze można skorzystać z tej możliwości.

    Lampę ciemniową można wyłączać ręcznie,
    względnie skorzystać ze schematów
    w literaturze fotograficznej (zasada
    działania jest z reguły podobna do
    funkcjonowania diody oświetlającej
    wyłącznik gdy światło jest wyłączone).
    Niektóre światłomierze i zegary
    ciemniowe mają tego rodzaju obwody
    już wbudowane.

    Stosunkowo najprostszym rozwiązaniem
    jest stosowanie odpowiedniej zasłonki
    umieszczonej między lampą, a czujnikiem.
    Można zdecydować się na zasłonkę stała,
    bądź ustawianą tylko na czas pomiaru.
    Ta druga może być wykonana nawet
    z kawałka tektury.


    --

  • Re: "Ciemnia pozytywowa - drobne porady" cz. 1 | fereby...
    "Fereby" napisał:

    Przykro mi, ale bramka uniemożliwiła publikację powyższego
    tekstu w w całości, więc zdecydowałem się podzielić go na
    dwie części.

    Fereby



    --

  • Re: "Ciemnia pozytywowa - drobne porady" cz. 1 | Airacobra <airacobr_usunto...
    Serdeczne dzięki za wstawienie na grupę tak obszernego tekstu.
    Przyda się, gdy już odpalę swego Dursta :).
    A na razie mam lekturkę do poduszki.
    :)
    Pzdr
    --
    Airacobra vel Radosław Olesiński
    www.cbradio.pl

  • Re: "Ciemnia pozytywowa - drobne porady" cz. 1 | "Fereby" <fereby...

    Użytkownik "Airacobra" wiadomości news:f2adkg$5rj$2...
    > Serdeczne dzięki za wstawienie na grupę tak obszernego tekstu.
    > Przyda się, gdy już odpalę swego Dursta :).
    > A na razie mam lekturkę do poduszki.

    Dziekuje! To mniej wiecej polowa tekstu, reszte
    wpakowalem do dwu kolejnych, ktore wciaz pisze.

    Fereby


  • Re: "Ciemnia pozytywowa - drobne porady" cz. 1 | "Henry (k)" <moj_adres_to_henrykg...
    Dnia 14 May 2007 17:59:07 +0200, Fereby napisał(a):

    A przy okazji przypomnę że to nie pierwszy artykuł Fereby'ego.
    Pozostałe są dziale z artykułami o fotografii czarno-białej
    w FAQ:
    http://www.prf-faq.prv.pl/faq/ - wersja tekstowa
    http://www.prf-faq.prv.pl/ - wersja bardziej graficzna

    Pozdrawiam,
    Henry

    --
    FAQ prf: http://www.prf-faq.prv.pl
    FAQ prfc: http://www.prfc-faq.prv.pl

  1 2  

Podobne